TEATR: Klub Miłośników Filmu Misja

25 Czer

Wchodzisz do innego świata. Pełnego dźwięków, ciemnego, mrocznego, ale jednak przyjaznego. Otaczają cię ludzie, oplata gąszcz nieznanej dżungli. Najpierw się dziwisz, skupiasz z całych sił starając się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Wpatrujesz się w aktorów-amatorów odgrywających rolę Indian, spijasz każde słowo z ust czołowych bohaterów. Wytężasz słuch, wyostrzasz wzrok i włączasz myślenie. Nie bój się ten stan nie potrwa długo. Teraz jesteś wśród nich. Jesteś jednym z nich. Jesteś w samym sercu dżungli i nagle zaczynasz rozumieć, aż nadto boleśnie, że to także twój świat… „Klub Miłośników Filmu Misja” w reżyserii Bartosza Szydłowskiego to nie klasyczny spektakl, ale interaktywna gra. Stworzony na podstawie filmu Rolanda Joffe „Misja” z 1986 roku projekt osacza, zadziwia i w pełni angażuje widzów.

Spektakl po części zasadza się na fabule filmu. Jezuici przybywają do Ameryki Południowej gdzie wśród Indian Guarani zakładają misję. Jej celem jest szerzenie wiary chrześcijańskiej wśród tubylczego ludu. Przywódcą misji jest Ojciec Gabriel, a  niebawem dołącza do niej również nawrócony handlarz niewolników Rodrigo Mendoza. Chcąc pogodzić interesy Hiszpanii i Portugalii na misję przybywa Kardynał Altamirano (Jan Peszek). Duchowny spotyka się z Indianami, ale mimo wszystko nakazuje zlikwidować misję, bo decyzje już zostały podjęte nim nawet wyruszył w podróż. Choć na moment zatapia się w szczerej, naturalnej dobroci tubylców i tak jego decyzja jest ostateczna. Misja nie może przetrwać. Jezuici będą musieli wrócić skąd przybyli, a Indianie odejdą z powrotem do dżungli. Ojciec Gabriel (Krzysztof Zarzecki) i Rodrigo Mendoza (Radosław Krzyżowski) nie oddadzą jednak misji tak łatwo.

Ktoś mógłby zapytać, co ma piernik do wiatraka? Co łączy XVIII – wieczną kolonialną Amerykę Południową i aktualną sytuację w Polsce? Spektakl Bartosza Szydłowskiego wskazuje jednak jak bardzo aktualny wydźwięk ma „Misja”. Co dziś jest ważniejsze? Ludzie, czy pieniądze, władza i kontakty? Zupełnie jak w świecie Indian, których kładzie się na szali naprzeciw dominacji i majątku. Wokół nas funkcjonuje chory system, podobny przecież do tego, który początkowo wyrwał Indian z lasu, aby za chwile nakazać im do niego wracać. Oni nie mogli tego pojąć, tak  jak my coraz częściej nie rozumiemy, co dzieje się wokół nas. Ustawy, które rujnują nasze i tak nieźle pogmatwane życie, które są zupełnym zaprzeczeniem praw ustanowionych przecież tak niedawno. Nam też serwuje się obietnice, które po chwili można ot tak po prostu odwołać. Z kaprysu.

Dziś ciężka praca i chęć życia w zgodzie z otoczeniem i swoim sumieniem może przynieść jedynie satysfakcję duchową, ale nią człowiek się nie naje. Pęd za pieniędzmi, pracą i dobrami materialnymi sprawia, że wszystkie chwyty są dozwolone. Można dawać i odbierać. W zależności od tego, kto da więcej i co się bardziej opłaca…

Reżyser Bartosz Szydłowski nie poprzestał na dosłownym odwzorowaniu treści filmu. Była ona dla niego jedynie fundamentem, na którym wzniósł gmach ludzkich problemów. Ta przestrzeń nie jest dosłowna, tak jak umowna jest dżungla, w której znaleźli się widzowie „Klubu Miłośników Filmu Misja”. Lecz mimo tego można się w niej zagubić i zatracić by odnaleźć na nowo sens i chęć do życia.

[imagebrowser id=92]

Świat zbudowany na scenie Łaźni Nowej to trójstopniowa kondygnacja symboli. Na podium znajdują się ci, którzy podejmują decyzję, obserwując świat zza przezroczystej kotary. Pociągają za sznurki sterując bezwiednymi marionetkami. Decyzje zapadają, choć kukiełki nadal walczą myśląc, że ich wysiłki są w stanie zmienić odgórnie zaplanowaną rzeczywistość… Po środku znajduje się osada. Jezuici i Indianie, którzy im zaufali. Są pomiędzy naturą, a cywilizacją. Wybrali, ale nagle okazuje się, że już nie mają prawa wyboru. Ostatnią przestrzeń tworzą ci, których usiłuje się zwabić marchewką. Dzicy, nieufni i najbardziej oddaleni od toczących się za ich plecami porachunków. Widzowie w roli tubylców. Bojaźliwi, bierni nie dający się skusić nawet na sałatkę… To my jesteśmy niczym tubylcy, którzy nic nie wiedzą i nie rozumieją, bo przecież nie muszą. Powinni być posłuszni bezwarunkowo, słuchać i dostosowywać się do tego, czego od nich oczekują. Nowe zmiany, nowe rządy, nowa polityka. Tylko my jesteśmy ci sami, ale o to nikt nie pyta…

Oglądamy przebieg sytuacji za przezroczystą kotarą zupełnie tak jak decyzje, które ktoś podejmuje za nas, a które my widzimy na ekranie swoich telewizorów. Jesteśmy bezradni. Hasła wyborcze krzyczą z bilbordów niczym fragmenty spektaklu na telebimach. Są ze wszystkich stron, wdzierają się w naszą świadomość. Ktoś nawołuje, nakłania, zachęca. Ciężko się odnaleźć, trudno skupić, niełatwo rozumieć. Zupełnie jak w naszym codziennym życiu… Bo każdy z nas chyba żyje w swojej prywatnej dżungli, w której chciałby zaznać spokoju, a która ciągle bombardowana jest informacjami z zewnątrz od których nie sposób uciec… Świat skolonizował nasze osobiste azyle. Wyszliśmy z dżungli naszego wnętrza, obnażyliśmy siebie, by wkroczyć na ścieżkę cywilizowanego, ale czy to na pewno oznacza lepszego życia?

Spektakl postawił przede mną jeszcze jedno pytanie: Czy są jeszcze ludzie, którzy dziś nie boją się i nie wstydzą walczyć o swoje ideały? Czy mamy do czynienia jedynie z grupą konformistów, którzy nie chcą wyłamywać się z szeregu woląc przyznać rację tłumowi?

Co osiągnęli Gabriel i Mendoza? Przegrali. Przegrali misję, ale zyskali wiele w oczach tych, z którymi ramię w ramię poszli na śmierć. Jak rzekł kardynał: Tak więc, wasza Świątobliwość, twoi księża nie żyją, ja zaś pozostałem przy życiu. Lecz tak naprawdę, to ja umarłem, a oni żyją, bowiem jak zawsze, duch zmarłych przetrwa w pamięci żyjących.” Tak naprawdę więc wygrali…

Co osiągnął Bartosz Szydłowski? Myślę, że dzięki takim przedsięwzięciom, które swoją formą, reżyserską interpretacją i oryginalnością wybijają się ponad grom klasycznych, schematycznych spektakli jest na dobrej drodze do utrwalenia się w pamięci żyjących. Przytaczając słowa Horacego dzięki takim realizacjom Bartosz Szydłowski buduje pomnik trwalszy niż ze spiżu, a w nowohuckim kontekście Łaźni, można by rzec: trwalszy niż pomnik Lenina przy Placu Centralnym

/MR/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s